Sandecja Nowy Sącz

Bogusław Szczecina - "Tańczący z piłkami"

Rozmowa z 2006 roku

 

Panuje powszechna opinia, że Bogusław Szczecina – określany jako „złota główka”, lub jako futbolowy, powietrzny tancerz z piłkami, jest wychowankiem Sandecji. Starsi kibice prostują: swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w Dunajcu. Ci są trochę bliżej prawdy, choć rzeczywistość jest jednak inna.

 

Otóż Szczecina na pierwszy trening zgłosił się co prawda do klubu z ulicy Kościuszki, z tą drobną różnicą, że tym pierwszym, macierzystym dla niego klubem był SKS Start. Dlaczego właśnie na ten najmniej znany pod względem piłkarskim zespół postawił ledwie wkraczający w wiek młodzieńczy chłopak?

- Wychowałem się na słynnym nowosądeckim "piekle", a wiara stamtąd kibicowała Startowi – tłumaczy Szczecina. - Poza tym "trójka" - podstawówka, do które chodziłem, podpisała z klubem spółdzielczym stosowną umowę o współpracy. Nie miałem więc innego wyjścia. W Starcie długo zresztą miejsca nie zagrzałem. Wkrótce trafiłem do Dunajca, jako junior zadebiutowałem w "dorosłej" trzeciej lidze, zaliczyłem cztery występy w reprezentacji Polski do lat 18, by w roku 1976 wylądować w Sandecji.

W tym najstarszym z do dzisiaj istniejących w Nowym Sączu klubie, do perfekcji doprowadził element piłkarskiego rzemiosła, z którego miał wkrótce zasłynąć na szerokiej arenie: przywołanej na wstępie kapitalnej walki w powietrzu. Byli i tacy fachowcy, którzy – mając na uwadze właśnie ten walor - przyrównywali go do Szarmacha, Wilima czy Lubańskiego nawet. Uważano, że wówczas, w połowie lat siedemdziesiątych był najlepiej główkującym piłkarzem w Polsce.
- Owa skoczność w pewnym sensie na pewno była cechą wrodzoną – przyznaje Boguś. - Ale za moich czasów bywało tak, że jeśli trening miał trwać od godziny, załóżmy, 15, to na boisko przychodziło się o 14, a plac opuszczało o 18. Po prostu talent trzeba było poprzeć ciężką pracą. Do znudzenia wyskakiwałem do dośrodkowywanych przez kolegów piłek, na przeróżne sposoby starałem się kierować je do siatki. Te uporczywe próby przynosiły później efekty na boisku. Spróbuj dzisiaj powiedzieć to któremuś z piłkarzy. Usłyszysz w odpowiedzi: dobrze, trenerze, zostanę, ale za ile?
Po kilkunastu spektakularnych bramkach strzelonych dla Sandecji właśnie głową, stało się jasne, że wcześniej czy później Szczecina wyruszy w Polskę pracować na chwałę możniejszych klubów. Pytanie brzmiało tylko: kiedy wyjedzie i na jaką drużynę postawi. Wybór Bogusia był cokolwiek zaskakujący. Zdecydował się „tylko” na drugą ligę.

- Za namową Bronka Bartkowskiego przeszedłem do silnej wówczas Stali Stalowa Wola – kontynuuje piłkarz. - Nie był to najszczęśliwszy pomysł. Zabiegała o mnie Cracovia, ale ja uległem perswazjom kolegi. Po jakimś czasie przeprowadziłem się, a właściwie uciekłem do Krakowa, jednak wówczas upomniała się o mnie armia. Ukrywałem się przed nią. Wydawało mi się, że „pasy” okażą się na tyle silne, by uchronić mnie przed kamaszami. Jakiż byłem naiwny. Wojsko było wówczas potężną instytucją, w końcu mnie oczywiście dopadło, a do paki nie trafiłem tylko dzięki pewnemu majorowi - już nawet nie pamiętam jak się nazywał, który załatwił mi grę w Wawelu. Musiałem być dobry, bowiem po linii wojskowej przeniesiony zostałem do pierwszoligowego Śląska Wrocław.


To był świetny piłkarsko dla niego okres. Telewizja wielokrotnie pokazywała bramkę zdobytą oczywiście głową w meczu z ŁKS Łódź, miał pewne miejsce w podstawowym składzie czołowego w kraju zespołu. Dzisiaj trochę żałuje, że nie został w Śląsku na dłużej. Podstawowi napastnicy: Sybis i Kwiatkowski wybierali się za granicę, a że miał wysokie notowania u trenerów, długo mógł „robić” za gwiazdę numer jeden w drużynie. Ale żona spodziewała się dziecka, a on chciał być bliżej domu. Powrócił więc do Krakowa, a niedługo potem do Nowego Sącza.

I ten pobyt w rodzinnym mieście nie trwał zbyt długo. Był po prostu za dobry, by marnować swój niebagatelny potencjał w Sandecji. Wyemigrował wkrótce ponownie. Tym razem do Hutnika Kraków.
- Oceniając teraz przebieg mojej kariery już z pewnego czasowego oddalenia, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w klubie tym przeżyłem najlepsze piłkarsko lata. Trenował nas Janusz Wójcik, o którym nie pozwolę powiedzieć jednego złego słowa. Walczyliśmy o ekstraklasę, a ja z osiemnastoma bramkami zostałem królem strzelców II ligi. Niejako w nagrodę otrzymałem od zmarłego później tragicznie w Australii trenera Waldemara Obrębskiego powołanie do reprezentacji B Polski seniorów. Wystąpiłem w niej w zwycięskim 1-0 meczu z CSRS w Rudzie Śląskiej. Wydawało mi się wówczas, że złapałem pod nogi Pana Boga, że stać mnie na wielkie rzeczy. Nastąpił jednak nagle w Hutniku zbieg nadzwyczajnych okoliczności, które spowodowały, że przegraliśmy walkę o pierwszą ligę, co z kolei sprawiło, iż ten znakomity fachowiec – mówię cały czas o Wójciku - rozstał się z Krakowa. Wyjechałem i ja. Oczywiście do Nowego Sącza.

Było to w roku 1986. Do Sandecji powracał wraz ze swym szwagrem Witkiem Witowskim, który po serii błyskotliwych doprawdy występów w ekstraklasowym w tamtych latach Bałtyku Gdynia, też przedłożył klimat górski nad nad ciężkie od jodu powietrze nadmorskie. Nie brakło wówczas wśród kibiców sceptyków, którzy twierdzili, iż przybywa oto nad Dunajec "Trójca Przenajświętsza" - tercet współtworzył ekswiślak Leszek Pawlikowski, który wywoła tylko ferment w drużynie drugoligowego beniaminka. Mówiono, że Szczecina to piłkarz wypalony, zmanierowany.
- Owszem, doszły do mnie takie opinie. Ale w żadnym przypadku nie mogę się z nimi zgodzić. Jak 25-letniego zawodnika określić można mianem zmanierowanego? – zżyma się Szczecina. - Jako sportowiec osiągnąłem już wówczas pewien sukces i niektórzy zawistni nie potrafili tego przełknąć. Do Sącza wróciłem, ponieważ zawsze czułem i nadal czuję do tego miasta ogromny sentyment. Po prostu je kocham. Ale rzeczywiście: kiedy teraz spoglądam na to wszystko z perspektywy czasu, to coraz częściej dochodzę do wniosku, że z tym powrotem trochę się pospieszyłem. Mogłem z powodzeniem pograć jeszcze w wyższych ligach, w lepszych drużynach. Na brak propozycji naprawdę nie mogłem narzekać. Przeważyła jednak chęć przebywania z rodziną.

Istotnie, ma pewne powody, by żałować, że poddał się wiatrowi wiejącemu ku rodzinnemu miastu. Sandecji przed spadkiem nie uratował, choć w kilku przypadkach jego celne główki gwarantowały jej ligowe punkty.
Wkrótce po zakończeniu pierwszego w dziejach Nowego Sącza drugoligowego sezonu piłkarskiego, zdecydował się na emigrację. Schyłek kariery, żeby nie napisać emerytura zawodnicza Bogusława Szczeciny miała miejsce na obczyźnie.
- Wyjechałem do Belgii, gdzie wraz z Witkiem Witowskim grałem  w amatorskiej Polonii Bruksela – kontynuuje nasz rozmówca. – To była taka piłeczka trochę dla zabawy, choć inni zawodnicy do poszczególnych spotkań podchodzili ze śmiertelną powagą. I często nie potrafili znieść, że jacyś tam obcokrajowcy zakładają im na boisku siatki, czy przeskakują w powietrzu o głowę. Futbol traktowałem zatem jako przyjemność, podczas gdy niezależnie od niego, normalnie ciężko pracując, zarabiałem całkiem dobre, a dla Polaków nawet bardzo dobre pieniądze. Do Sącza powróciłem więc finansowo ustawiony na przyszłość. Zostałem współwłaścicielem dobrze prosperujących delikatesów "Real". Tak jednak jak natura ciągnie wilka do lasu, tak piłkarzowi trudno przychodzi obyć się bez boiska. Do futbolu nie mogłem nie powrócić. Pograłem trochę w Skalniku Kamionka Wielka, później zostałem jego trenerem. To był początek mojej przygody szkoleniowej. Prowadziłem kolejno zespoły Sandecji, Grybovii, Biegoniczanki, Popradu/Minerale Muszyna. Od trzech miesięcy jestem w Kolejarzu Stróże. I chcę zostawić po sobie dobrze wykonaną robotę.

Szczecina bardzo skromnie, wręcz enigmatycznie napomyka o swych szkoleniowych dokonaniach. A przecież w każdym z wymienionych klubów pozostawił po sobie trwały ślad, wszędzie kibice i działacze wspominają go jako fachowca nie tylko z ugruntowaną wiedzą teoretyczną, popartą twardą pragmatyką, ale i jako gościa ze szczęśliwą ręką. Sandecję - pracę dla niej traktował jako swego rodzaju spłatę długu wdzięczności - jakby odwrotnie proporcjonalnie w odniesieniu do jej statusu majątkowego, windował wyżej i wyżej w trzecioligowej hierarchii. Biegoniczanki omal nie doprowadził do barażów o miejsce na trzecim froncie. Kiedy przychodził do Muszyny, tamtejszy Poprad był skromną drużyną, dla której podstawowym celem było zachowanie bytu wśród czwartoligowców. W momencie, kiedy misja w uzdrowisku dobiegała końca, „mineralni” zaliczali się do potentatów tej klasy rozgrywkowej. Kto wie, jak dalej toczyłyby się ich losy, gdyby Boguś nie dał się zwieść sentymentowi. Uległ namowom Andrzeja Danka, prezesa wciąż bliskiego jego sercu Dunajca, podejmując się najtrudniejszego bodaj w swej dotychczasowej szkoleniowej praktyce, pozornie niemożliwego do realizacji zadania. Na półmetku sezonu 2004/2005 zgodził się poprowadzić zespół właściwie już zdegradowany do ligi okręgowej. W jaki sposób udało mu się natchnąć piłkarzy nową wiarą, jakim cudem uzbierał wystarczającą do utrzymania ilość punktów, pozostanie jego tajemnicą. W każdym razie Dunajec w roku 60-lecia swego istnienia zachował miano czwartoligowca. I nikt kompetentny nie ma wątpliwości, że w 75 procentach jest to zasługą Bogusława Szczeciny.


Najpewniej te trudne do sprecyzowania właściwości warsztatu trenerskiego chłopaka z „piekła” rodem sprawiły, że o pomoc do niego, w ciężkiej chwili dla debiutującego w trzeciej lidze Kolejarza Stróże, zwrócił się wiceprezes tego klubu, przyszły senator Stanisław Kogut. I tego wyzwania Szczecina nie odrzucił. Po pierwszym kontakcie z nowymi podopiecznymi miny najszczęśliwszej nie miał, niczego zatem zagwarantować nie mógł. Obiecał jednak, że zrobi wszystko, by koniec sezonu 2005/2006 dobrze się kiedyś kibicom w Stróżach kojarzył. I można chyba przyjmować zakłady, że danego słowa dotrzyma. 

Szczecina jest jednym z niewielu sądeczan, którym dane było ukończyć słynną Akademię Trenerską Ryszarda Kuleszy. Uzyskał w ten sposób tytuł trenera II klasy z licencją. Powiada, że uczęszczanie do tej szkoły zmieniło jego podejście do futbolu, ukształtowało jako szkoleniowca. Wykłady prowadzili przecież tak znani fachowcy jak Słowak Jozsef Venglos czy Rumun Angel Iordanescu. Tego nie sposób przecenić.


- Piłka już na zawsze pozostanie moją wielką życiową pasją – kończy swą opowieść Bogusław Szczecina. - Z kolei brutalna rzeczywistość wyklucza życie z głową w chmurach. Muszę dbać o interesy, mając wciąż na uwadze rodzinę, dzieci, wnuka. Bo przecież samym futbolem się człowiek nie naje.

 

Bogusław Szczecina, ur. 11 lutego 1959 w Nowym Sączu. Żona Jolanta, rehabilitantka, 2 córki: 24-letnia zamężna Katarzyna i 19-letnia Agnieszka, sześcioletni wnuk Filip. Wychowanek Startu Nowy Sącz. Dalszy przebieg kariery zawodniczej: Dunajec Nowy Sącz, Sandecja, Stal Stalowa Wola, Wawel Kraków, Śląsk Wrocław, Sandecja, Hutnik Kraków, Sandecja, Polonia Bruksela, Skalnik Kamionka Wielka. Przebieg pracy trenerskiej: Skalnik, Sandecja, Grybovia, Biegoniczanka Nowy Sącz, Poprad/Minerale Muszyna, Dunajec Nowy Sącz, Kolejarz Stróże. Absolwent Akademii Piłkarskiej Ryszarda Kuleszy (grudzień 1999 r.). Czterokrotny reprezentant Polski juniorów, jeden występ w reprezentacji Polski B seniorów, złoty medalista Spartakiady Młodzieży w 1976 roku w Suwałkach (kadra Małopolski, wraz z m.in. Stanisławem Filasem). 1 gol w ekstraklasie, 24 w II lidze, ok. 80 bramek strzelonych dla Sandecji.

 

Pierwszy trener: Czesław Szulc.

Wzór piłkarza: Maradona, Andrzej Iwan.

 

Dodaj do:

Dodaj na Wykop Dodaj na Facebook Dodaj na Blip Dodaj na Flaker
- A A A +
DrukujDrukuj
E-mail E-mail
 
Wróć ...

Ostatnio na Sandecja.TV:

Bezbramkowym remisem zakończył się niedzielny pojedynek naszego zespołu z GKS-em Bełchatów... >>
Tabela
Wyniki
Terminarz
4" 1
[X]

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies możesz określić w Twojej przeglądarce.

[X]